3.04.2013

Wznawiam działalność na blogu. Wznawiam, bo nie mogę patrzeć na to co się dzieje. Od ponad 4 miesięcy jestem w Republice Środkowoafrykańskiej. „Ale że gdzie?” – ile razy słyszałam już to pytanie. No właśnie. Kraj ten w 2012 roku znajdował się na 10 miejscu w niechlubnym rankingu „Państw upadłych.” W tym roku na pewno przeskoczy do ścisłej czołówki. Pierwszy problem – co to w ogóle za kraj? Jak już wklikasz sobie w wikipedię i zorientujesz się gdzie to to leży, pojawi się następny problem – czy słyszałeś o rebelii, która ciągnie się tutaj od grudnia ubiegłego roku? „Ale o czym?!”. No właśnie.

Drugi problem: prześladowania, tortury, 500 tys. uchodźców, głód, śmierć, brak jakiejkolwiek administracji państwowej, ucieczka prezydenta, kradzieże, zastraszenia… Dalej nic ci to nie mówi? To zacznijmy od początku.

W astronomicznym skrócie: Republiką Środkowoafrykańską (RŚA) przez ostatnie 10 lat nieudolnie rządził François Bozizé. Tak nieudolnie, że w końcu niektórzy nie wytrzymali i zorganizowali się w grupę rebeliancką pod nazwą „Seleka” (czyli przymierze), aby obalić rządzy prezydenta. Wszystko zaczęło się w grudniu 2012 roku. Przez kolejne tygodnie zajmowali mniejsze i większe miasta, początkowo na północy kraju, by stopniowo przesuwać się w stronę stolicy. Kradną, zastraszają, piorą się z żołnierzami armii RŚA. Cywile uciekają w las, zostawiając cały dobytek na pastwę losu, a raczej pastwę pazerności rebeliantów.  Bozizé bardzo prosił społeczność międzynarodową o pomoc w ratowaniu kraju, który własnymi rządami doszczętnie zrujnował, po czym uciekł do sąsiedniej Demokratycznej Republiki Konga. Odzewu nie ma. Amerykanie bronili obywateli amerykańskich, po czym ich ewakuowali. Francuzi zrobili dokładnie to samo. Rebelianci w końcu weszli do stolicy i z łatwością ją zdobyli. Nowym prezydentem ogłosił się przywódca rebeliantów Michel Djotodja. To taka notka historyczna na dzisiaj.

Niech sobie walczą, niech sobie uzbrajają młodych chłopaków, którzy mają pstro w głowie (broń dla chętnych rozdają zarówno pobratymcy Bozizégo, jak i rebelianci). W tych całym „przedsięwzięciu” nie o to mi chodzi. Nie chcę informować o działaniach wojennych, ale zwrócić uwagę na to, że Bogu winni ludzie muszą uciekać do dżungli, że zostawiają swoje domy, że są zastraszeni i żyją w ciągłym napięciu. Przepraszam, że jesteśmy zastraszeni i żyjemy w ciągłym napięciu. Bo nie znamy dnia ani godziny...

Niech najlepszym przykładem będzie ubiegła środa. Dzień jak co dzień, jeśli tak można nazwać chwile, gdy telefony dzwonią co 10 minut, dochodzą słuchy, że rebelianci przesuwają się w naszym kierunku, że grabią kolejne misje. Godzina 15:00. Poobiednia sjesta, jak zawsze. Nagle budzi mnie krzyk: „Wstawaj! Są 30 km od nas! Bierz dokumenty i leć do Ewarysta!”. No nie jest to wymarzona pobudka. Ubieram buty i lecę. „Ale jak to do Ewarysta? Przecież ja nie mam pojęcia gdzie on mieszka!” – myślę. Plecak na plecy, butelka wody do ręki i sprint przez podwórko. „Zostaw wszystko” – usłyszałam jeszcze przed wyjściem. Ani myślałam coś brać. W takim momentach widzisz bezsens, bezwartościowość tych wszystkich przedmiotów, które tak skrupulatnie gromadzisz przez całe życie. Książki, ubrania… a na co mi to podczas spotkania z rebeliantami?!

Ewaryst miał mnie zaprowadzić kilkaset metrów od misji, do siebie. Biegłam za nim, gdy nagle z krzaków obok drogi wyciągnął miotłę i zaczął zacierać ślady naszych stóp i kół samochodów schowanych naprędce bliżej dżungli. Czułam się jak bohaterka jakiegoś filmu z Hollywood. Tylko wciąż pytałam: „A gdzie jest Zuzia i Majka?”. W praniu okazało się, że wcale nie idziemy do Ewarysta, że bezpieczniej będzie schować się w buszu. Byłam przekazywana kolejnym osobom. „Idź za nim. Pospiesz się. Już niedaleko.” – słyszałam. I tak, wąską ścieżynką, gdzieś na końcu świata, leciałam nie wiadomo gdzie. W głowie kłębiło mi się tylko jedno – gdzie są dziewczyny i co jeśli coś się stanie Papie i Eli? Ta ostatnia dwójka zdecydowała się zostać. Papa miał być na misji,  Ela w szpitalu. Każdy starał się robić co mógł – może gdyby dać rebeliantom pieniądze, paliwo, samochód, może odjechaliby nie niszcząc niczego? Może nikomu nic by się nie stało? Może. A może nie…

Po 20 minutach truchtu przez dżunglę w japonkach kupionych na pobliskim targu za 1 euro (przecież mieliśmy iść tylko do Ewarysta, po co więc tracić czas na zmianę butów czy szukanie czapki?) dotarłam w końcu gdzieś, nie wiadomo gdzie, ale to nie było ważne. Liczyło się tylko to, że dziewczyny już tam były, całe i zdrowe. One, a wraz z nimi Shimen i jej synek, Ivetka z dziećmi i kilka innych osób z wioski. Jak dobrze w takiej chwili zobaczyć znajome twarze, ludzi, którym ufasz i z którymi spędziło się już niejeden dzień w szpitalu, konsultując dzieci wycieńczone malarią, ofiary wypadków motorowych, wspólnie składając złamane ręce i robiąc cesarskie cięcia. Wtedy myślałam, że to koniec na dzisiaj, że zostaniemy tutaj wyczekując wieści i modląc się za wszystkich którzy zostali w wiosce. Po chwili jednak ktoś zdecydował się iść dalej, w głąb lasu. Im dalej od wioski tym bezpieczniej. Gęsiego poszliśmy zarośniętą ścieżką, by ostatecznie zatrzymać się na jakimś polu kilka kilometrów od domu. Tego, co wydarzyło później, nie zapomnę do końca życia.

Ludzie dali nam swoje maty, żebyśmy miały na czym usiąść. Ewaryst przyniósł wodę i coś do jedzenia i uspokajał nas wyjaśniając, że rebelianci nie dotarli jeszcze do wioski. Norman przytaszczył na swoich plecach chorego ojca, a siostry zakonne zaczęły różaniec. Nagle jakiś chłopak piękną francuszczyzną zaczął nas przepraszać (!) za to, że musimy przez to wszystko przechodzić, że przyjechałyśmy tu pomagać, a ich kraj tak bardzo źle nas gości.  Nie mogłam uwierzyć. Jeszcze długo zbierałam szczękę z podłogi.

Świadectwo, jakie dali nam tego dnia Środkowoafrykańczycy… jeszcze teraz ciężko mi o tym pisać. Narażali się dla nas, wzięli pod swoje skrzydła, zaopiekowali się jak rodziną. Będę im dozgonnie wdzięczna, więc nie mogę teraz patrzeć jak ich kraj upada coraz bardziej, oni sami są w ciągłym zagrożeniu, a świat głucho milczy. Musimy coś zrobić. Przedsięwziąć wszystkie możliwe środki, by opowiedzieć o tym światu, by wywołać reakcję, by potępić to, co się dzieje w Republice Środkowoafrykańskiej, by dać szansę dzieciom Ivetki i Shimen na normalne życie, by dać im w ogóle szansę na życie. To nie jest historia zgrai murzynów gdzieś na końcu świata. Oni mają imiona, mają twarze. To są nasi przyjaciele, którzy robią co mogą, by żyć w kraju w którym się urodzili, a wraz z nimi jesteśmy my – piątka Polaków.


Dwie godziny później wróciliśmy do domu. Tego dnia rebelianci nie odwiedzili naszej wioski. 


Publikacja i rozpowszechnianie zawartości niniejszego bloga, są bez uprzedniej pisemnej zgody autora zabronione i stanowią naruszenie ustaw o prawie autorskim. 

3 komentarze:

  1. Świetne relacje, gratuluję odwagi i wyboru takiej drogi.

    OdpowiedzUsuń
  2. to ojciec Normenta jeszcze żyje ? super !
    A Yvette i Evarist - mają jeszcze dzieci poza Yannickiem ? Super po raz II !
    nzoni !

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozdrawiamy Was z Wadowic. Będziemy się modlić za Wami do naszego sąsiada Błogosławionego Jana Pawła II - Karola Wojtyły, by dodał Wam otuchy, nadziei, wiary i siły na każdy dzień. Trzymajcie się

    OdpowiedzUsuń