3.06.2013, „Seleka jest we wsi”

Dzień jak co dzień. Poniedziałek jak poniedziałek – harówa. Pigmej z postrzeloną ręką, przygotowania do operacji, transfuzje, nieprzytomna 30-latka, poród, malaria, pretensjonalni pacjenci, robienie statystyk etc. Po 13:00 jak gdyby nigdy nic wracamy do domu. Na podwórku mijamy się z Papą. „Seleka jest we wsi” - mówi.

Przyjechali dwoma samochodami. Dwa samochody oznaczają w Afryce co najmniej kilkanaście osób. Gadali już z ludźmi w pobliskiej szkole. Ekipa była pełna: przywódca rebeliantów pełniący obecnie funkcję wojewody, mer, vice-mer, władze cywilne z pobliskiego dużego miasta, koordynator ds. bezpieczeństwa na całą prefekturę.  Powiedzieli, że i biali mają się pojawić na rozmowach. Po wyjeździe do Bangui sióstr zakonnych mieszkających obok nas wszyscy biali jacy zostali na ten moment to nasza piątka. Papa powiedział, że nie pójdzie.

Jedliśmy obiad zastanawiając się czego chcą tym razem. Simply poszedł na zwiady. Wrócił po chwili. Gadali to co zwykle – że już dobrze, że nie ma się czego bać, żeby wracać do pracy, wracać do wsi, że oni tu są żeby pilnować porządku i... że chcą się koniecznie spotkać z Papą i Elą. Nie było wyboru. Chcieli przyjść na misję, ale w końcu spotkali się w salce katechetycznej przy kościele (zaraz za bramą misji). My stałyśmy niespokojnie w drzwiach domu odmawiając wspólnie „Pod Twoją obronę”. Kto wie z kim tak naprawdę mamy do czynienia? Czego chcą? Co zrobią?

Nic nie było słychać, ale to też dobry znak – przynajmniej się nie kłócą. Rebelianci byli też w salce bez swoich ulubionych kałachów (mieli tylko (bagatela) granaty). Mówili znów to samo – nie ma się czego bać, oni są dobrzy. Dali nam numer telefonu do dowódcy twierdząc, że wyda nam papier, dzięki któremu wyjazd do stolicy nie powinien być już problemem. Mieli ze sobą ludzi z krajowych stacji radiowych, robili zdjęcia, dopytywali. Urzędnicy państwowi chwalili misję za zaangażowanie w pomoc miejscowej ludności, przedstawiając nas bliżej Selece.  

Ela mówiła im, że w szpitalu leczą się ludzie z całej okolicy, którzy nadal boją się Seleki, więc przychodzą do nas za późno -  w ciężkich stanach, zaawansowanej malarii, z drgawkami, niedożywieni... I w konsekwencji wielokrotnie już z tego nie wychodzą. Statystyki wśród głodnych dzieci nie chcą się zmienić – jedne wychodzą ze szpitala, ale nie ma dnia, by jakich nowy chudzielec się nie pojawił.

Rebelianci znów mówili, że tak, że oni rozumieją, że „pas de problem”. I pojechali.

Czcza gadanina? Znak postępu? Czas pokaże.

Także zdawać by się mogło, że będzie dobrze. Może nawet ten wyjazd do Bangui w jakiejś nie bardzo dalekiej przyszłości będzie realny? Trzeba jednak pamiętać, że jedna zabłąkana kula wystarczy... A rebelianci są na tych wszystkich barierach – oni, ich broń, granaty, narkotyki i alkohol. Ci ludzie często ledwo trzymają się na nogach, tak są „naprani”. W takich przypadkach kula może się zabłąkać częściej niż by się mogło wydawać...

Za oknem zbiera się na burzę, a my znów dziękujemy, że się udało, że wyszliśmy bez szwanku, że nikomu nic się nie stało. Kto wie co by się mogło wydarzyć gdyby nie Wasza modlitwa?



"Niech nasza nadzieja będzie większa od wszystkiego, co się tej nadziei może sprzeciwić"
Jan Paweł II


Publikacja i rozpowszechnianie zawartości niniejszego bloga, są bez uprzedniej pisemnej zgody autora zabronione i stanowią naruszenie ustaw o prawie autorskim.

2 komentarze:

  1. Codziennie w modlitwach jesteście obecni +++ Just z W-wy

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak. Codziennie w modlitwach, a także w eucharystii ;] Mikołaj z Gdańska

    OdpowiedzUsuń